Myślenie, którego nauczyłam się na terapii

Nie jestem psychologiem z wykształcenia. Nie ukończyłam kursów, szkoleń. Być może kiedyś uda mi się spełnić to marzenie, jednak do tego czasu będę wam pisać o psychologii z mojego punktu widzenia – kogoś, kto kończy terapię DDA.

Terapia jest spotkaniem z samym sobą w miejscu, o którym nigdy byśmy nie pomyśleli. Mam tutaj na myśli oczywiście miejsce w naszej głowie. Ponieważ nasze szkodliwe myślenie, którego nie widzimy jako takie – to jest to, co zatruwa nasze życie. Często nie widzimy wyjścia z tej sytuacji, wydaje nam się, że nasze problemy są unikatowe i nie do rozwiązania.

Dzisiaj przedstawię wam część z tego, jakiego myślenia nauczyłam się na terapii. Terapia sprawia, że zrzucamy z oczu klapki i możemy zobaczyć prawdę. Oto moja prawda.

Jest problem – jest rozwiązanie. Wcześniej myślałam – jest problem, nie ma rozwiązania. Jest tylko czarna dziura otwierająca się przede mną, która mnie pochłania. Nikt mi nie pomoże, jestem z tym sama i jestem zbyt słaba. Nie wierzyłam we własne siły, możliwości i zdolności. Teraz wiem, że problemy pojawiają się jako naturalna część życia i jedyne do czego mnie one prowadzą to mobilizacja. Szukam rozwiązania, wiem, że wymaga to ode mnie działania i akcji. Nie zamykania się w pułapce własnego umysłu i wymyślania coraz to gorszych scenariuszy. Jedynie ruch i akcja prowadzi do przodu, zamieranie w pozycji ofiary nic mi nie daje.

Brak określonych priorytetów, celów i żadnego planu na życie prowadzi do myślenia, że nie mamy wpływu na nasze życie. Miałam kiedyś takie poczucie, że jestem jedynie bezwiednie unoszącą się na rzece życia trzcinką, płynącą w nieznanym mi kierunku i nie mam na nic realnego wpływu. Wierzyłam w to, że w moim życiu większość wydarzeń jest dziełem przypadku lub działaniem innych ludzi, odbierałam sobie możliwość sterowania własnym losem. Bardzo ważne było dla mnie zrozumienie, że to ja mam jedyny wpływ na decyzje, które podejmuje. Moje codzienne wybory składają się na to jak wygląda moje życie. Oczywiście, wiem, że w pewnych kwestiach jestem zależna od innych lub od losu, ale na to nie mam wpływu, mam jedynie na swoje reakcje. Także, kiedy coś mnie spotyka i jest to efekt działań innych – myślę o tym jak się zachować, jak zareagować. Nie o tym, że życie ssie, jest niesprawiedliwe i wszyscy są przeciwko mnie.

Bycie DDA jest ok, nie ja to wybrałam, ale z tym muszę pracować. Tak jak inni pracują ze swoimi problemami, zaburzeniami, chorobami. Nie ma sensu zastanawiać się nad tym, co by było gdyby, tylko pracować z tym co się ma. To mnie nie definiuje. Określa mnie to co robię teraz i jakie mam plany na przyszłość. Więcej o DDA tutaj: https://monn-iza.com/2018/10/21/cechy-dda/.

Wybaczenie jest dla mnie, nie dla tych co zawinili. Wybaczając nie ułaskawiam od win, tylko uleczam siebie. Spodobał mi się cytat z ekranizacji książki „Światło między oceanami”, który brzmi mniej więcej tak: wybacza się raz, nienawidzić trzeba każdego dnia. Muszę przyznać, że co do niektórych jeszcze się tego uczę.

Dużo zależy od tego czy dopuszczę do siebie swoje emocje. Te z przeszłości i teraźniejszości. DDA/DDD zazwyczaj mają dużo żalu, złości i smutku do wypuszczenia z siebie. Ważne jest, aby przejść przez to i wyjść po drugiej stronie zwycięsko. To jest przerażające, dopuścić do siebie emocje, które tyle czasu spychało się na dno świadomości. Potem praca nad emocjami, które się pojawiają na co dzień. Podsycone tymi z przeszłości czasem szaleją, nieadekwatnie do sytuacji. Teraz wiem, że kiedy się zdenerwuję to mam prawo się tak czuć, ale jednocześnie mam za zadanie nie marynować się w tej złości. Przeanalizować sytuację, znaleźć rozwiązanie lub odpuścić i wrócić do „normalności”.

Optymizm to wybór. Kiedy zaczęłam terapię, moim ulubionym hasłem było: nie jestem promyczkiem słońca. Tak już jest i tego nie zmienię. Taka jestem. Przykleiłam sobie sama etykietę – smutas/pesymista i nie wierzyłam w to, że to ja mam moc, aby to zmienić. Nie wierzyłam w to i wiem, że bez terapii nigdy bym nie doszła do tego, że można żyć i myśleć inaczej.

Nauczyłam się rozróżniania faktów od mojego myślenia życzeniowego. Kiedyś wydawało mi się, że gdyby nie to czy tamto moje życie byłoby idealne. Teraz wiem, że byłoby normalne, zważywszy na okoliczność mniej lub bardziej szczęśliwe. Na pewno nie idealne. Kiedy tracimy coś lub kogoś ważnego, mamy tendencje do wymyślania najlepszego możliwego scenariusza i torturowania się porównywaniem go do naszej rzeczywistości. U mnie oczywiście to było wyidealizowane życie z tatą vs. bez niego. Nie miało to związku z nikim innym, cały koncept opierał się na tym, że gdyby on żył to moje życie byłoby jedną wielką bajką. Teraz już się tym nie zajmuje. Zaakceptowałam sytuację taką jaka jest i buduje z tego co mam.

A mam bardzo dużo i teraz to wiem.

Pozostałe wpisy z serii psychologia z Monn Izą:

https://monn-iza.com/2019/06/16/psychoterapia-fakty-i-mity/

https://monn-iza.com/2019/06/30/jedyny-warunek-jaki-musisz-spelnic-aby-byc-szczesliwym/

https://monn-iza.com/2019/06/09/boisz-sie-byc-szczesliwy/

https://monn-iza.com/2019/03/24/psychologia-znieksztalcenia-poznawcze-i-ich-wplyw-na-nasze-zycie/

https://monn-iza.com/2019/03/05/psychologia-wizualizacja-jako-narzedzie-do-walki-ze-strachem/

https://monn-iza.com/2019/06/02/jak-wyglada-zycie-kiedy-stawiasz-zdrowe-granice/

xoxo,

Monn Iza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s